Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Klaves prezentuje nam drugi numer z singla wydanego dla PMR Beat Club, a jeśli wiadomość o tym nowym przyczółku zdobytym przez Mikołaja Gramowskiego wyleciała komuś z głowy, to niniejszym przypominam. "Oh No" nie tylko świetnie radzi sobie w przywoływaniu tanecznych patentów sprzed dwudziestu lat, ale za sprawą przewodnich synthów oraz swawolnych wstawek pianina i "saksofonu” wprowadza pewien rodzaj sympatycznego, pokręconego kpiarstwa, które w swojej lekkiej ociężałości zupełnie nie ma zamiaru mnie znużyć. -K.Pytel
Popyt na marzycielskie pitu-pitu zdaje się w równym stopniu tłumaczyć hype wokół Sharon Van Etten, jak i popularność takich artystek jak Lana Del Rey albo Marissa Nadler. Co ciekawe, u każdej z nich oniryczna otoczka skrywa zupełnie inne intencje. Marissę interesuje tworzenie baśniowych, eskapistycznych pejzaży, Lana zajawia się szeroko pojętą popkulturą, Sharon zaś w dalszym ciągu konfesyjnie opowiada o swoich doświadczeniach. Are We There to moim zdaniem odrobinę lepsze wydawnictwo od Tramp z 2012 roku, bo mimo że nie ma na nim perełki na miarę "Magic Chord", to trafia się kilka naprawdę fajnych melodii, jak choćby w "Taking Chances" lub "Break Me". Amerykanka z iście melodramatyczną narracją i właściwym sobie dream-popowym rozmemłaniem eksploruje tu rozmaite folkowe czy tam folk-rockowe tropy, jednak dosyć szybko następuje zmęczenie materiału, dlatego nie sądzę, żebym do tego krążka wracał. Znajoma zapytana za co lubi Are We There odpowiedziała, że za jej odstresowujące, terapeutyczne właściwości. Chcecie terapii na płycie z 2014 roku? Puśćcie sobie Bermuda Waterfalls Seana Nicholasa Savage'a. –W.Chełmecki
Przyznaję, że Fergie zawsze wydawała mi się najmniej irytującą osobą w tym całym głupkowatym Black Eyed Peas. "Fergalicious" i "Glamorous" były przecież całkiem fajne! Niestety, nawet na solowym debiucie nie udało się jej całkowicie uwolnić spod wpływów will.i.ama, przez co do tej pory bezwiednie kojarzę jej głos, manierę wokalną i wizerunek z totalną muzyczną i kulturową siarą. Polubienie "L.A.LOVE" nie jest zatem łatwym zadaniem, ale tym razem z odsieczą przychodzi DJ Mustard, który pod mizdrzenia Fergie o mocno ambiwalentnym charakterze serwuje gorący miks wszystkiego, czego moglibyście się spodziewać w tanecznym pop-rapie. Spoko takie ocieplanie wizerunku. -K.Michalak
Obiecałem, że napiszę coś o Pink Floyd, ale temat wyczerpali redaktorzy Teraz Rocka, pisząc o ich piosence (która, jak na mój gust, mogłaby kogoś przejąć jedynie wtedy, gdybyśmy potraktowali ją jako faktyczną relację z choroby Alzheimera) że jest ZNA-KO-MI-TA. "Znakomity" to jedno z najlepszych i najbardziej zazwyczaj adekwatnych słów na świecie, dlaczego ktoś postanowił je kompletnie wybebeszyć i postawić w jakiejś zupełnie nieprzystającej sytuacji – to mnie wręcz intelektualnie podnieca. Zastanawiam się, jak na równie wysoki poziom ironii – w ramach, powiedzmy, ćwiczeń stylistycznych – mógłbym wznieść się przy opisie nowego singla zespołu Muchy. Porywający? Wizjonerski? Kreatywny! 51% dwudziestoletnich Polaków uważa się za osoby KREATYWNE. Niektórzy też uważają, że wystarczy wiedzieć, jak napisać "rzeżucha", by uznawać się za osobę potrafiącą pisać – vide recenzujący Karma Market (dla mnie gorszy tytuł niż Yoko Eno, sory) Marcin Cichoński. Tymczasem, koledzy, sprawy mają się zupełnie inaczej. –Ł.Łachecki
Dlaczego, mając tyle możliwości, rodzimi muzycy mimo wszystko korzystają przeważnie z dwóch wariantów: penetracja czerstwych i niedorozwiniętych rejonów elektroniki albo rytmiczna piosenka z gitarowym brzmieniem? Jest też trzecia opcja, czyli smęcący, balladowy chlip z mdlącym patosem w duchu The National i obowiązkowym, poetycko-nastrojowym tekstem. Właśnie w tej trzeciej grupie znajduje się utwór "Na Wróble", stąd też ciężko mi zaliczyć go do udanych (szukałem jakiegoś pozytywu, żeby dać chociaż środkową łapkę, ale nic z tego). W zasadzie takie pieśni winny jedynie rozpalać wyobraźnię grzecznych dziewczynek w spódnicach do kostek, ale tak się jakoś dzieje, że u nas są one synonimem "wartościowej muzyki". No tak, Trójka doznaje, a szanującemu się polskiemu "fanowi alternatywy" robi się mokro. Ej, a może to ja czegoś nie łapię, bo nie dość, że nie przepadam za wróblami, to jeszcze mam taki gust wypaczony, że lubię wrony? –T.Skowyra
Co się porobiło z tą laską? Przecież "SuperLove" było naprawdę super i pokazywało, że Charli zwęszyła dobry trop. Niestety, na trackliście Sucker ten numer się nie znajdzie, bo dziewczyna woli stawiać na knoty w rodzaju "Break The Rules" czy "London Queen" właśnie. W topornych, prostackich gitarach zdecydowanie nie jest jej do twarzy. Wszystko wskazuje na to, że zamiast fajnej popowej płyty dostaniemy słabiznę na modłę Night Time, My Time. Szkoda. –T.Skowyra
Mark Kozelek ma do War On Drugs kilka głębokich pytań: "Czy mlaszczycie pytonga? Czy hapiecie dzide?" Artysta nie może strząsnąć melancholii, ale czy przynajmniej strząsną mu teraz chłopaki? Następca "Richard Ramirez Died Today Of Natural Causes" lirycznie porusza się co prawda w nieco innych rejonach, ale nie da się ukryć, że Kozelek nadal tka tu historię z wątków codziennego życia i popkulturowych symboli - strzępy zwyczajnych sytuacji, okruchy dnia, szczerość niedokończonych rozmów. Kawałek raczej nie pasuje do zapowiadanej na listopad płyty z kolędami, ale gdyby dotyczył choćby kłótni początkującego artysty z kiepskim zespołem War On Drugs, który zakłócił jego pierwszy występ w miasteczkowym barze gdzieś w Ohio, to od biedy można by go wydać jako bonus do Benji. Niestety jednak jest to tylko wyraz podsycanej wyjątkowo finezyjnym chamstwem andropauzy u artysty, który ostatnio ma widocznie muchy w nosie. W ogóle absurd sytuacji, w której zaczyna prześladować cię własny muzyczny idol. Chłopaki pewnie modlą się każdego ranka, żeby tylko nie stało się nic gorszego. O nieee, on chce napisać o tym piosenkę. Ojej, zrobił to. Kozelek nieubłagany, katuje jak Katon, zwęszył młodą krew i prędko nie spocznie. "You wanna go?!" – pyta nastroszony z plakatu w pokoju. "Siorbcie pisiora!" – wtóruje mu z półki egzemplarz Down Colorful Hill. Nawet zabawne jak się o tym pomyśli, ale też weź się już od nich odpierdol. –W.Kowalski
Night Marks Electric Trio są wyszkolonymi zawodowcami. To nie umyka uwadze od pierwszych sekund obczajki ich debiutanckiej EP-ki, którą w końcu wydali po uroczym śmiganiu tu i tam oraz wysyłaniu sygnałów "jak coś wydamy, to rozwalimy kosmos" na featach i remiksach. Wszystko brzmi jak z katalogu Brainfeedera, a przejścia basowe mogłyby się pojawić na Until The Quiet Comes, co na początku bardziej budzi chęć posłuchania sobie znowu FlyLo niż wgłębiania się w EP-kę. Potem jednak, przy przypadkowych spotkaniach ich utworów w radiowym eterze, człowiek zaczyna się łapać na pragnieniu obczajenia, kto napisał ten zajebisty kawałek. -R.Gawroński
Nie jest to świeżość na miarę "Supła", ale wciąż każdy kolejny YouTube z Latarnia Records to najlepszy news dnia. "Hity Kamienie", czyli tytułowy track z nadchodzącej płyty, to najlepszy nieodkryty amatorski uliczny rap pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, który został skonstruowany dokładnie z tego, co duet robi najbardziej. Na banalnym chill-wave-lo-fi-cebulowym podkładzie Piernikowski opowiada banalną historię, która przydarzyła się każdemu z nas, mniej więcej w taki sposób, w jaki my opowiadaliśmy ją, gdy już otarliśmy krew z warg. Wciąż nie mogę pojąć, co jest źródłem charyzmy tego zioma. Albo jeszcze inaczej: wczesny Maciej Bilka spotkał wczesnego Matthew Barnesa, a klip nakręcił im koleś od "YR Love". Ile będzie wyświetleń? Z tysiak? –F.Kekusz
Wokół tyle gorących i ekscytujących nowości (wystarczy wymienić krążki Thoma Yorke'a, Aphex Twina czy U2), a ja słucham płyty argentyńskiego bandu, pobranej za darmo (i legalnie) z Bandcampa. Ale skoro Apolo Beat pykają zwiewny dance-punk i grają niemal w tej samej lidze, co Tigercity czy Tesla Boy, to chyba nie ma się co dziwić, że ich polubiłem, i nie chodzi o to, że coś gdzieś kliknąłem (ależ to słowo straciło na znaczeniu these days). Jak to się przekłada na tracki? Ruszający z tematem "Magenta", to soczysty, fluorescencyjny disco-funk z refrenem zyskującym coraz więcej z każdym ripitem, "Nueva Ola" z falsetowymi zaśpiewami i luzacką sekcją rytmiczną orzeźwia swoim niewymuszonym feelingiem, a "Poltergeist" z riffem à la "Beat It" (zresztą wokalista Diego Ridao namecheckuje Jacko na 2:55), dokłada kolejny pyszny groove do całego Actriz. A są jeszcze inteligentnie rozegrany, elegancki jam "Separador", szybujący podobną parabolą do francuzów z Phoenix "Automática", zanurzający kotwicę w wodach The Rapture "Repetidor" i zabarwiony esencją !!!, tytułowy "Actriz". Całkiem nieźle to wszystko wyszło, a jeśli zdamy sobie sprawę, że dance-punk nie żyje od kilku ładnych lat, to już w ogóle nie mam pytań. –T.Skowyra